|
|
Gwatemalska skrzynka pocztowa (80)
Nowe listy proszę słać na adres beata@beatapawlikowska.com albo beata@oliwkowo.pl Odpowiedzi szukajcie poniżej.
Kochana pani Beatko! Zaczęłam pisać jakiś czas temu ale wstęp dopisałam po niedzielnym programie Świat wg blondynki. Mój list jest dowodem na to, że do pasji dochodzi się czasem nawet wbrew sobie!
Tak sobie pomyślałam, że opowiem pani o tym jak niedawno zmieniło się moje życie. Muszę zacząć od tego, że urodziłam się w mieście i zawsze byłam zadowolona, że tam mieszkam. Jako dziecko nienawidziłam wyjazdów "na łono natury", trawa kuła mnie w siedzenie a obrzydliwe pająki właziły na nogi. Potem przyszło wyzwolenie - okazało się, że mam uczulenie na pyłki traw. Wreszcie mogłam w spokoju siedzieć sobie w moim mieście. Trochę gorzej było kiedy musiałam uczestniczyć w plenerach malarskich. Pamiętam, ze na jednym z nich w piękny słoneczny dzień dostałam okropnego ataku, nie mogłam przestać kichać, cała zapuchłam a z nosa ciekło mi jak z kranu. Wtedy moi przyjaciele przytachali kawałek krawężnika znalezionego w trawie i kazali mi się mocno przytulić do betonu i pomyśleć o spalinach. Nie pamiętam czy to pomogło ale wiem, że wtedy nie znosiłam przyrody całym sercem. Z czasem ataki osłabły a z nimi moja awersja do natury. Jakieś dwa lata temu przypadkiem dowiedziałam się o istnieniu Ogrodu Rodzinnego na obrzeżu osiedla na którym mieszkam. Za namową koleżanki ale bez entuzjazmu poszłam obejrzeć działkę, która była "do wzięcia". Było to pod koniec kwietnia i naprawdę nie wiem co takiego się stało ale kiedy zobaczyłam to miejsce to poczułam, że ten kawałek ziemi musi należeć do mnie a tak naprawdę to ja już do niego należałam. Miałam ze sobą aparat i zrobiłam wtedy zdjęcie.
Sprawy załatwienia wszystkich formalności trochę trwały a i ja z powodu obowiązków nie miałam zbyt dużo czasu tak więc po raz kolejny wybrałam się na moją działkę dopiero pod koniec czerwca. Przeżyłam szok gdyż ujrzałam tam najprawdziwszą dżunglę! Ponad półtorametrowe chwasty zarastały cały teren. Okazało się, że działka leżała odłogiem przez osiem lat! Co było robić wzięłam maczetę i zaczęłam karczować dżunglę. Karczowałam ją przez całe lato, wyciągałam z ziemi sieci splątanych korzeni perzu, wracałam pół żywa wieczorem do domu a w nocy śniło mi się, że ...kopię ziemię i wyciągam korzenie!
Im dłużej pracowałam tym więcej determinacji i sił wstępowało we mnie. Urzekło mnie to, że dosłownie parę kroków od mojego bloku istnieje tak inny świat. Moje wszystkie zmysły zaczęły działać! Nie mogłam się nacieszyć zapachami (nawet chwastów wyciąganych z ziemi), śpiewem ptaków, kolorami, wszystkim co przylatywało i przychodziło do mnie. W końcu jesienią posiałam i posadziłam pierwsze rośliny. Zimą przeżywałam prawdziwą udrękę tęsknoty za tym wszystkim ale wiosną następnego roku czekało mnie najwspanialsze przeżycie - doświadczyłam radości "narodzin" flory. Poczułam się jak matka, Gaja czy jakiś boski stwórca! Nie stałam się ambitnym działkowcem i nie mam na celu wyhodowania zagonów wybujałych warzyw, wręcz przeciwnie pozwalam rosnąć nawet chwastom (oczywiście w ograniczonych ilościach bo dżungla odradza się błyskawicznie). Cieszy mnie wszystko co wyrośnie nawet jeśli jest trochę parchawe. Jestem bardzo wdzięczna współwłaścicielom ogrodu, że mają cierpliwość do moich dziwactw - w szczególności do mojego pacyfistycznego podejścia do robaków i innych szkodników. I kiedy wynosiłam z działki i układałam w kącie ogrodu wykopane z ziemi pędraki moi sąsiedzi jedynie pokręcili głowami. Wydaje mi się, że "spłynęła" na mnie mądrość - uświadomiłam sobie, że jestem częścią ekosystemu, w którym wszystko jest ważne. Właściwie spłynęło dużo mądrości bo musiałam nauczyć się mnóstwa rzeczy od pielęgnacji roślin do układania płytek (sama zrobiłam stół!). Mój ogród jest na prawdę tajemniczy a świadczy o tym - po pierwsze: zwierzęta, które tam przychodzą - jeże, bażanty, przepiórki i lisy.
Nawet komary tną tylko w obrębie działki, za bramą znikają w czarodziejski sposób!, po drugie siła jaką mi daje - do niedawna kłopoty w pracy czy przykrości, które mnie spotykały sprawiały, że nie mogłam spać w nocy. Teraz idę do mojego ogródka, siadam w spokojnym miejscu i jestem w stanie obiektywnie pomyśleć o wszystkim i znaleźć rozwiązanie. Oczywiście nabrałam też innej siły czyli tzw tężyzny fizycznej!
Pozdrawiam serdecznie - Ada
Pani Ado,
Pięknie Pani pisze, z emocjami i talentem! Czy myslała Pani o pisaniu opowiadań? :)
Historia piękna i bardzo mi bliska, bo ja podobne uczucie odkryłam w dzungli amazońskiej - i od tamtej pory jestem częscią przyrody, tak jak kazda roślina i zwierzę, jakie spotykam podczas podróży.
W przyrodzie jest wielka energia, z której mozna czerpać i ladowac się nią jak z akumulatora, prawda?
Droga Pani Beato Bardzo, bardzo dziękuję Pani za DŻUNGLĘ MIŁOŚCI. Jestem już starą kobietą (64 lata) choć wcale się tak staro nie czuję. Mam dwoje dorosłych dzieci i dwoje wnucząt. Nikt do tej pory, ani rodzice, ani szkoły ani kościół, nie przekazał mi tylu mądrych rad, nie pokazał mi drogi,jaką powinnam iść przez życie by być szczęśliwą.
Mam wprawdzie dość swojej własnej, danej mi przez naturę mądrości wewnętrznej, by jakoś sobie w życiu radzić. Nigdy nie lubiłam się umartwiać. Zawsze wolałam postępować tak, bym była z tego zadowolona. Miałam w sobie zdrowy egoizm. Nie bałam się życia. Zawsze to ja dążyłam do czegoś i to ja własnymi siłami i sposobami do tego dochodziłam. Na początku mojej drogi jeden z kolegów poradził mi, bym każdego dnia znalazła sobie coś co mnie zachwyci i da mi siłę na cały dzień. Mógł to być np. promień słońca na wilgotnym liściu, szum traw czy uśmiech drugiego człowieka. Trzymam się tej wytycznej do dziś. Potem pierwszy raz nie wróciłam do domu na noc i mama moja w czasie tej jednej nocy osiwiała. Od tej pory moją dewizą życiową jest postępować tak, by inni przeze mnie nie płakali.
Mam swój wewnętrzny kompas i umiejętność rozróżniania dobra i zła. Nigdy nie umiałam obojętnie przejść jeśli ktoś cierpiał. Reakcja moja czasem była może zbyt ostra ale nie umiałam postępować inaczej pod wpływem emocji.
Pani książkę, a później "W dżungli życia" przeczytałam jednym tchem. Nie mogłam się oderwać. Trafiły te książki na podatny grunt, we właściwym momencie mojego życia. Mam nadzieję, że pomogę dzięki nim mojej córce, której małżeństwo z człowiekiem o charakterze typowego leniwca, rozleciało się właśnie. Miała na tyle samozaparcia i moich ciągłych rad, by wyzwolić się wreszcie z tej katorgi psychicznej. Ona również w części jest leniwcem. Kupiłam jej Pani "Dżunglę miłości" i myślę, że przeczytała ją lecąc na wyspy Kanaryjskie na krótki urlop. Bardzo zależało mi, by poznała Pani myśli i zastosowała je w naprawie życia swojego (jeszcze tyle przed nią!) oraz w wychowywaniu swoich dzieci. Ja też będę im przekazywać, że to, jakie będzie ich życie, ile miłości i dobroci dla innych i dla siebie w nim uzyskają zależeć będzie tylko od nich. samych. Wprawdzie są przysłowia., np. "każdy jest kowalem swojego losu" , uczymy się ich w szkole i przez całe życie ale wkuwamy je tylko i nikt z nami ich nie omawia tak, jak zrobiła to pani.
Jeszcze raz dzięki, ogromne dzięki. Jestem pewna, że będzie trzeba zrobić dodruk tego wspaniałego dzieła, które dla mnie jest drogowskazem życia. Serdecznie pozdrawiam Elżbieta
Pani Elżbieto, z życiem jest tak jak w podróży przez świat. Ludzie najczęściej nie zdają sobie sprawy z tego, że oprócz szerokich, wydeptanych traktów, jest tez dużo mniejszych ścieżek, które moga się okazać bardziej tajemnicze i ciekawe. Poza tym większość ludzi podróżuje przez życie bez żadnej mapy i bez kompasu, więc idą po omacku - albo znajdą coś wartościowego przez przypadek, albo będą błądzić przez życie, zastanawiając się dlaczego nie moga znaleźc prawdziwego szczęścia.
Ja też tak kiedyś błądziłam po omacku i to był mój punkt wyjścia.
Bo przecież jest w życiu parę bardzo ważnych i podstawowych spraw, od których wszystko się zaczyna i od których właściwie wszystko zależy. Kiedy więc odkryłam te rzeczy i kiedy je sobie w sercu uporzadkowałam, postanowiłam napisać o tym książkę.
Mam nadzieję, że okaże się pomocna dla Pani córki, której życzę z całego serca odnalezienia się z powrotem w życiu po toksycznym związku. Wiem, że to jest trudne, a jedyne, co może pomóc, to mieć jakis dobry cel w życiu. I dobrych przyjaciół :)
Serdecznie Panią pozdrawiam :)
Pani Beato, Od jakiegoś czasu pochłaniam książki o podróżach, w tym ostatnio Pani książki. Jestem pod wielkim wrażeniem.. Jeśli chodzi o mnie, to raczej bywam turystką niż podróżnikiem, choć muszę przyznać, że kilka razy wybrałam się sama w góry i było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. Zastanawiam się dlaczego dotąd nie odważyłam się po prostu podróżować.. W moim trzydziestokilkuletnim życiu dwa razy rzuciłam wszystko i przeprowadziłam się do innego miasta (nie mając pewnej pracy itp.). Nie była to ucieczka przed czymś a raczej chęć zwiększenia możliwości rozwoju na róznych płaszczyznach - ostatnio osobistej - wyszłam za mąż. Uważam, że jestem raczej odważną osobą (kiedyś usłyszałam takie zdanie, że odwaga to jest przełamany strach ? i coś w tym jest..) Po przeczytaniu Pani książek czuję, że mam w sobie jeszcze więcej odwagi i pewnie w przyszłym roku wyruszę (pewnie z mężem) w jakąś podróż :) Pani Beato, czy planuje Pani jakieś spotkanie z czytelnikami w Warszawie, np. w ramach promocji nowej książki? Bardzo chciałabym zdobyć dedykację :) Pozdrawiam serdecznie Joanna
Pani Joanno, niedawno w październiku odbyły się dwa takie spotkania - jedno w Warszawie z okazji premiery książki "W dżungli miłości", drugie w Krakowie podczas Targów Ksiązki :) W najbliższym czasie raczej spotkań nie będzie - chyba że dojedzie Pani do dzungli amazońskiej, gdzie wybieram się za kilka dni :)))
Na razie nie mam żadnych planów spotkaniowych, ale jeśli jakieś spotkanie będzie zaplanowane, na pewno informacja o nim pojawi się na mojej stronie www.oliwkowo.pl
Zyczę udanych wypraw i udanej podróży przez życie z mężem :)
Bardzo dziekuje za te ostatnia ksiazke "W dzungli milosci". Podchodzilem do niej sceptycznie. Obawialem sie tej dziwnej "mody" na kolejna ladna ksiazke o zyciu. I jeszcze ta kolorowa okladka.Tak slicznie cukierkowa. Jedna strona,a po niej kolejne. Pierwszy rozdzial a po nim kolejne.Pisze teraz, od razu po skonczeniu czytania. Jestem pod wrazeniem. Ogromnym wrazeniem,tego z jaka lekkoscia potrafi Pani pisac o problemach,,ktore spedzaja nie jedna noc "madrym" tego swiata. Opasle tomiska, zamknela Pani w kilku rozdzialach. Osobowosc leniwca,niczym osobosc neurotyczna.
Cale to studium ludzkiej psychiki podane na tacy.Czysto,prosto i w dodatku przyzdobione "z zycia wzietymi" dialogami. Po raz kolejny Pani ksiazka sprawila,ze zaczynam sie glebiej zastanawiac co teraz,ktora droge obrac dzisiaj.
Jeszcze tak niedawno,siedzialem w pociagu,przemierzajac droge miedzy praca a domem,czytajac Pani pierwsza ksiazke "Blondynka w dzungli". (otrzymalem kiedys od Pani autograf do tej wlasnie ksiazki,zostawilem ja w recepcji radia ZET,moze Pani pamieta) Pozniej byl czas na kolejne ksiazki z serii.Teraz,mam za sobą już większość przczytanych książek WIELKICH polskich podróżników. I jeszcze tak niedawno, roilo mi sie w glowie od dalekich wypraw.Lecz szybko sprowadzalem siebie na ziemie slowami "gdzie tam,dla mnie podrozowanie", "nie nadaje sie do tego", "do tego trzeba miec jaja i odwage".... I to dzieki Pani, przygotowuje sie teraz do tego aby moja noga stanela w Kambodzy,a moje oczy mogly zobaczyc Angkor Wat.
Dzieki Pani, staje sie lepszy.Odwazniejszy i bardziej taki jaki powinienem byc. Chcialbym kiedys miec mozliwosc porozmawiania z Pania na pewne tematy z Pani ksiazek.Kto wie,moze kiedys ... Konczac ten (lekko bez sensu) list chcialbym podziekowac Pani za wszystko,lekko zmienionymi, slowami Szekspira... (jesli znajdzie pani fragment tego zdania w rejestracji hotelu na koncu swiata,to bylem ja), zatem...
"niech bedzie blogoslawiona Matka,ktora przyniosla nam na swiat Pania Beate Pawlikowska"
Serdecznie pozdrawiam, -Adam
Panie Adamie, to fantastycznie, że planuje Pan wlasną wyprawę :) Myslę, że prawie każdy czlowiek ma wbudowaną wewnętrznie blokadę na spełnianie wlasnych marzeń. Ludzie najczęściej zakładają, że to jest "niemożliwe", "niewykonalne", "nie dla mnie" itd. I nawet nie sprawdzają czy w rzeczywistości nie stać ich na zrealizowanie swojej największej pasji. przyjmują w teorii, że to jest niewykonalne i jednocześnie budują w sobie pierwszą cegiełkę własnej bezradności, ktora jest zaczątkiem całej budowli rozczarowania i poczucia niespełnienia.
Niezależnie od tego jakie to jest marzenie, trzeba założyć, że jest wykonalne. I wystarczy dowiedzieć się JAK można je zrealizować.
I to Pan właśnie zrobił, gorąco więc gratuluję odkrycia w sobie potencjału do szczęścia :) Proszę o relację z podróży. Angkor Vat jest wspaniałe, a ludzie niezwykle przyjaźni, więc myślę, że wróci Pan zachwycony.
Bardzo dziękuję za dobre słowa i życzę wszystkiego najlepszego, szczęsliwej podróży i spełniania następnych marzeń :)
Witam serdecznie i na wstępie pozdrawiam gorąco.Chcialabym bardzo prosić panią czy mogłaby napisać gdzie najlepiej kupić bilet lotniczy do Peru,to znaczy w jakiej linii czy może z jakiego biura podróży,czy na jakiej stronie internetowej szukać?? Planuję podróż do Peru w styczniu/lutym z dwoma przyjaciolmi pochodzącymi z tego kraju.Jest to moje największe marzenie,nie wiem gdzie moglabym znalezc jak najtanszy bilet.Bylabym niezmiernie wdzieczna gdyby moglaby pani udzielic mi jakiejs wskazowki dotyczacej biletu.Z gory dziekuje.Urszula.
Pani Urszulo, radzę poczekać do pierwszego tygodnia stycznia. teraz zaczyna się największy sezon i wszystkie bilety będą drogie. Około dziesiątego stycznia różne linie lotnicze co roku ogłaszają specjalne promocje i wyprzedaże, jestem pewna, że będzie wsród nich także Peru, bo to dosyć popularny kierunek. Najlepiej szukać biletu przez jakieś biuro podróży, które wprawdzie dolicza ok. 50 PLN za wystawienie biletu, ale ma wgląd do wszystkich ofert i wszystkich kierunków oferowanych przez różne linie lotnicze, więc łatwo może wskazać najtańszą opcję.
Droga Pani Beato. Parę dni natrafiłam na Pani książkę: „W dżungli miłości” i jednym tchem przeczytałam połowę w Empiku. Niektóre rozdziały pasowały do mnie jak ulał. Chciałam się podzielić z Panią szczególnie jednym przeżyciem. Miałam przeszło rok temu chłopaka o imieniu Patryk, który podobnie jak Pani bohater książkowy „Marcin” miał (i ma) problem z alkoholem. Początkowo tego nie zauważałam, chociaż w swojej rodzinie moi bracia są chorzy na alkoholizm. Miałam z nimi upiorne przeżycia i obiecałam sobie, że nigdy się z kimś takim nie zwiążę.
Przyszedł jednak dzień, gdy przejrzałam na oczy, że mój ukochany Patryk bardziej kocha alkohol, jakieś środki uzależniające i swoje towarzystwo niż mnie. Zabolało mnie to bardzo. Czułam się jakby mnie ktoś przestrzelił w kilku miejscach i nie mam siły się ruszyć. Wiedziałam, że nie mogę tkwić dłużej w martwym punkcie i poczuciu bezsilności. Że nie chcę kroczyć drogą, która prowadzi do niczego-na końcu jest jedynie śmierć. Odbyłam z Patrykiem poważną rozmowę. Bez kłótni, spokojnie. Oboje stwierdziliśmy, że musimy się rozstać. Do dzisiaj czasami mam poczucie winy, że mu nie pomogłam, że Go zostawiłam, gdy miał trudności. Ale naprawdę nie potrafiłam i nie potrafię Zaproponowałam mu jedynie, że pomogę mu znaleźć jakąś grupę AA, albo terapeutę, że mogę z nim pójść razem. On twierdził, że poradzi sobie sam. Wiem, że sobie nie poradzi, bo On sam tego nie chce, nie widzi problemu, znalazł sobie w alkoholu jakąś niszę na życie, jakiś byle jaki sposób na to wszystko co otrzymał od losu (od Boga): zdrowie, rodziców, prawdziwych przyjaciół, dobre wykształcenie i pracę.
Marnuje swoje życie i ja to wiem. I nie chciałam i nie chcę zmarnować swojego życia, ani moich przyszłych dzieci. Chcę być szczęśliwa i do tego dążę. Nawet jeśli sama. Wiem, że decyzja o rozstaniu z Nim była wynikiem troski też o wspólną przyszłość, o siebie. Alkoholizm, leki to droga obłudy, zakłamania, wewnętrznej pustki…na końcu jest śmierć. To jest straszne! Modlę się za Patryka zawsze gdy rozmawiam z Bogiem. Jedyne, czego pragnę, to żeby odbił się od tego dna i rozpoczął nowe, normalne życie. Bardzo mi pomogła Pani książka zrozumieć tę całą sytuację. Znalazłam w niej odpowiedzi takie, których szukałam od dawna. Czuję się spokojniejsza. Dziękuję Pani Beato-za mądre słowa, głębokie przemyślenia i kierowanie się w życiu dobrem. Życzę kolejnych interesujących podróży, odkrywania nieznanych zakątków, przygód, odnalezienia ciszy-tej w przyrodzie i we własnej duszy. Życzę wszystkiego dobrego!
Pozdrawiam serdecznie – Iwona
Pani Iwono, Zrobiła Pani jedyną słuszną rzecz. Człowiek uzależniony od alkoholu buduje dookoła siebie nierealny świat, który ma spełniać jego potrzeby i oczekiwania. Nie jest to wynik działania w złej intencji, ale skutek choroby. Bo alkoholizm to po prostu choroba, która spowija w rodzaj dziwnej mgły wszystkie uczucia i myśli człowieka, który jest na nią chory.
Nie można takiego człowieka przekonać ani namówić na leczenie.
Alkoholizm to choroba, która choroba polega na tym, że człowiek nie rozumie, że jest chory. I nie jest w stanie zrozumieć dlaczego ludzie czepiają się go i wmawiają mu coś, co mu się nie mieści w głowie. Na tym polega ta choroba. Nie ma więc raczej możliwości, żeby człowiek zrozumiał, że jest chory i co ta choroba z nim robi. Alkoholik może zrobić dwie rzeczy: 1. Zaufać komuś, kto się na tym zna (terapeucie specjaliście od tej choroby) i rozpocząć zalecaną terapię bez pytania po co i bez kwestionowania jej założeń. 2. Nie zaufać terapeucie i pozostać chorym.
Jedyne i najlepsze co można zrobić po odkryciu, że Pani partner/mąż/narzeczony jest alkoholikiem to odejść od niego. Jeśli Pani tego nie zrobi, on wciągnie Panią w swój mroczny mglisty świat i wkrótce straci Pani rozeznanie co jest dobre, a co złe.
Jeśli Pani od niego odejdzie, to być na tyle poruszy jego światem, że uzna swoja bezsilność wobec alkoholu i zostanie w ten sposób zmuszony do leczenia.
Odchodząc od niego uratowała Pani swoje życie.
Ja odchodząc od „mojego” alkoholika też poczułam, że ocaliłam swoje życie od katastrofy.
Serdecznie Panią pozdrawiam :)
Witam!
Pani Beato właśnie znalazłem w internecie informacje o Pani najnowszej książce i przymierzam się aby ją kupić. Sądząc po samym tytule i wysłuchanych fragmentach (dostępnych na stronie www) pisze Pani o rzeczach naprawdę ważnych
I tu moje pytanie - co jest dla Pani prawdziwym źródłem miłości? Czy jest tu jakieś miejsce dla Boga? (czy jest Pani osobą wierzącą? - można zapytać)
Serdecznie pozdrawiam! Andrzej
Panie Andrzeju,
jestem osobą wierzącą. Wierzę w Siłę Wyższą, która ma wpływ na świat i ludzkie życie. Wierzę w moc czynienia dobra i moc mądrości. Wierzę też, że człowiek może dostąpić łaski i specjalnego błogosławieństwa, dzięki któremu będzie mógł czerpać z Boskiej mocy, Boskiej mądrości i Boskiego dobra. Wierzę też, że zależy to całkowicie od samego człowieka – tego jaki jest, jakim stara się być i jaki ma wpływ na swoje życie. I to jest też źródłem miłości :)
Witam
Jestem 17 latkiem który po przewrocie ýyciowym nie wie co w ýyciu robiă. Wyjechaůem bowiem ze swojŕ rodzinŕ do Szwecji, rozpoczynajŕc nowe ýycie. Ýegnajŕc sie z najwspanialszymi przyjacióůmi, dziadkami, ukochanym miasteczkiem i ZHP. W Polsce marzyůem by zostaă politykiem, jednak teraz, bćdŕc tu w Sztokholmie nie wiem co z mojŕ przyszůoúciŕ. Zastanawiajŕc sić dzień po dniu do czego chce dŕýyă, uúwiadamiajŕc sobie coraz bardziej ýe nie pasuje do tej epoki. Moje potrzeby sŕ zupeůnie inne niý potrzeby Ľnormalnych" nastolatków. W Koronowie (moje Polskie miasteczko) azylem mym byů cudowny las. Czćsto zamiast do szkoůy, w samotnoúci trafiaůem do tego lasu. Teraz od czasu do czasu pakuje sobie plecak i ruszam do dzikich skandynawskich lasów (mama nie za bardzo jest z tego powodu zachwycona) Moýe dlatego ýe ja po prostu idć by sie zgubiă i bůŕdziă na bezdroýu. Moim wymarzonym celem podróýy zawsze byůa Nowa Zelandia, zbytnio nie dotknićta chorobŕ ludzkoúci. Przeczytaůem pani wywiad dla WP. Przyznam ýe dopiero wtedy poznaůem kim pani jest. Nie sůucham radia a i w telewizji tylko wiadomoúci i piůkć noýnŕ:D Jednak po przeczytaniu tego dialogu, poczuůem coú takiego jak: ĽMusisz do tej pani napisaă (nie wiem do końca co i jak) ale musisz napisaă". Wićc pisze ten list, chaotyczny i chyba troszkć bezsensu, ale pisze. Chciaůbym by pani w jakiú sposób mi pomogůa, pierwsze co moýe pani zrobiă to po prostu w miarć moýliwoúci odpisaă na ten list. To juz bćdzie niesamowita pomoc.
Z pozdrowieniami wielkimi jak Amazonka Kamil
Kamilu, życie czasem przynosi dobre rzeczy nie informując na początku o tym, że są one dobre. A czlowiek instynktownie woli trzymać się starego porządku spraw, bo przynajmniej je znał i wiedział czego się może od nich spodziewać.
Moim zdaniem zdarzyła Ci się dobra rzecz. Rozejrzyj się dookoła – na pewno znajdziesz pozytywne strony tej nowej sytuacji.
A nawet jesli odpowiesz mi, że nie ma żadnych dobrych stron, to ja Ci powiem, że nie ma sensu marnować czasu na żal i rozgoryczenie.
Wszedzie na świecie można starać się być szczęśliwym czlowiekiem, który spełnia swoje marzenia, realizuje swoje pasje i jest pozytywnym wojownikiem.
Radzę Ci więc nie marnować więcej czasu na udowadnianie sobie, że jesteś w niewłaściwym miejscu. Zamiast tego radzę Ci zająć się organizowaniem własnego życia. Myślę, że na pewno pasujesz „do tej epoki”, bo jest jakiś bardzo konkretny cel, dla którego przyszedłeś na świat właśnie teraz. Twoim zadaniem jest ten cel odnaleźć :)
Poza tym – nawet jeżeli stwierdzisz, że absolutnie nic nie podoba Ci się w Szwecji, to za kilka lat jako dorosły człowiek możesz się przeprowadzić z powrotem do Polski. A te kilka lat potraktuj jak prezent od losu i przygodę, która na pewno dostarczy Ci niesamowitych wrażeń. I głowa do góry :)
Miła Pani Beato,
z przyjemnością słucham Pani w radiu "Zet", zawsze wtedy podziwiam i zazdroszczę ... i zawsze wtedy mam ochotę rzucić pracę którą lubię, ale chwilami( coraz częściej nawiedzają mnie takie myśli ) mam dość tego " wyścigu szczurów"- tych nieszczerych pochlebstw, obłudy, partykularymu. Jestem nauczycielem akademickim, lubię pracę ze studentami, lubię z nimi rozmawiać - rozwijam swoje pasje naukowe ( nauki humanistyczne)- ale czasem nie widzę sensu w tym wszystkim co robię, co napiszę. I wtedy marzy mi się wyjechać gdzieś daleko i zapomnieć o tych " doczesnych dobrach". Przepraszam za marudzenie, ale szukam miejsca dla siebie... Pozdrawiam Barbara
Pani Barbaro, znam jedno lekarstwo na takie mysli i taki stan - trzeba zostawić codzienność i wyjechać choćby w krótką podróż. Nie z grupą rodziny, znajomych czy przyjaciół, ale samemu lub najwyżej z koleżaką albo kolegą. Świat widziany z pewnej perspektywy wygląda zupełnie inaczej. Więc słusznie marzy się Pani "wyjechać daleko" bo kiedy czlowiek jest w samotnej podróży, to odkrywa niesamowite rzeczy, także we własnej duszy. Radzę wybrać się na 2 tygodnie do Tajlandii - to niezwykle przyjazny kraj z uśmiechniętymi ludźmi, gdzie podróżuje się łatwo i przyjemnie :) Podróż ma niesamowitą moc przywracania sensu w tym, co zostało zagubione.
Pani Beato, jestem Pani fanką. Zazdroszczę takich wspaniałych wypraw. Także uwielbiam podróże. Przeczytałam prawie wszystkie Pani książki. Mam 12 lat i Pani opowieści według mnie są fascynujące. W chwili obecnej wciąga mnie mój najnowszy nabytek: "Poradnik globtrotera, czyli Blondynka w podróży". Serdecznie pozdrowienia z Leszna Wielkopolskiego ;)
Asia
Asiu, życzę Ci spełnienia marzeń i tego, żebyś umiała być szczęśliwa jako dorosła Joanna. Najwazniejsze to pamiętać o tym, co jest dla Ciebie ważne, rozwijać swoje zainteresowania i często rozmawiać z własną duszą - bo trzeba dobrze ją poznac, żeby znaleźć w niej swoje przeznaczenie :) Serdecznie Cie pozdrawiam
Dzień Dobry
Mam na imię Kasia.Mam 17 lat.Jestem w bractwie rycerskim,gram na gitarze,słucham etnicznej,celtyckiej muzyki...Interesuję się podróżami i w przyszłości chciałabym robić coś zbliżonego do tego,co robi Pani Staram się być szczęśliwa...
Zrozumiałam już na czym to polega,całą istotę bycia szczęśliwym,ale to BARDZO TRUDNE dla mnie...Nie potrafię zaakceptować siebie,swoje szczęście uzależniam od innych...Pracuję nad tym,ale może robię coś źle?...Bardzo proszę o chociażby jedną,cenną wskazówkę...
Jest Pani dla mnie wielkim autorytetem,chciałabym mieć tak silną osobowość. To niesamowite ,że Pani słowa trafiają taże do młodzieży! (jestem tego przykładem )
Pozdrawiam i czekam na odpowiedź z niecierpliwością
Kasiu, sama wiesz co robisz źle i co zatrzymuje Cie w drodze do tego, żeby być silnym, samodzielnym, odpowiedzialnym człowiekiem. Nie ma sensu uzależniać swojego szczęścia od innych ludzi, bo przecież oni nie mają pojęcia co się naprawdę dzieje w Twojej duszy. Tylko Ty sama to wiesz. Więc zacznij od tego, że przestaniesz myśleć i mówić : "nie mogę", "nie potrafię". Zamiast tego powiedz: "Chcę to zmienić". Chcę być samodzielna i mądra. Chcę spełniać moje marzenia. Chcę kierować moim życiem i być szczęsliwa.
Jeżeli potrzebujesz bardziej szczegółowych wskazówek, zajrzyj do mojej nowej książki pt. "W dzungli miłości" - piszę w niej o tym w jaki sposób można zostać wojownikiem i zacząć mądrze żyć :)
Pani Beato, ze strony internetowej dowiedziałam się, że 21 października odbędzie się spotkanie z Panią (mam nadzieję, że chodzi o spotkanie w Warszawie). Czy będzie można na miejscu kupić Pani książkę albo czy przez internet jest ona już u Pani dostępna? W jakiej cenie?
Z wyrazami szacunku -Edytka-
Pani Edyto, książka właśnie się ukazała:) We wtorek podczas spotkania autorskiego oczywiście będzie można ją kupić, jest też już dostępna w sklepie internetowym Wydawcy, czyli w najniższej cenie :)
Droga Pani Beato niedlugo moje 30-te urodziny, cieżko mi to nawet wypowiedziec, bo bardzo sie boje ,ze ta cyfra czegos ode mnie wymaga, zwlaszcza zalozenia rodziny, której nie potrafie zalozyc, nie mialam dotad szczescia w milosci, wiec oddalam sie pracy, a teraz czas rozliczen, a w zyciu liczy sie przeciez tylko milosc-wiec chyba nic nie osiagnelam, otaczaja mnie rodziny mojego rodzenstwa, pelne dzieci i bliskosci, boje sie ze z politowaniem na mnie spojrzą w tym dniu, chociaz bardzo mnie kochaja,zyja inaczej;chcialabym uciec od tych ocen i tak mysle co moge wyjatkowego zrobic w tym dniu, zeby cieszyc sie nim cieszyc, nie byc porownywana, zeby zobaczyc swiatlo w przyslosci ,lecz ciezko przychodzi mi cokolwiek, zwlaszcza ze nie mam olbrzymiej gotowki w kieszeni, bo moja praca choc pasjonujaca, absorbujaca, na razie nie przynosi wielkich dochodow; pisze do Pani, bo jest Pani wrazliwa, wyrozumiala, silna i taka optymistyczna, szukam podpowiedzi co zrobic, zeby nie wpasc w dniu urodzin w ciemna szczeline pozdrawim serdecznie, moze w wolnej chwili znajdzie Pani czas i przesle mi jakis promyk pomyslu ola
Pani Olu, w zyciu najważniejsze jest to, żeby byc szczęsliwym człowiekiem, ale nikt przecież nie mowi, że tylko rodzina daje szczęście albo że tylko praca ją daje. Kazdy musi sam znaleźć swoją drogę i wcale nie musi to być taka droga, jaką idą inni ludzie. Nie ma obowiązku zakładania rodziny i czerpania z tego przyjemności. Jeżeli nie czuje Pani takiej potrzeby, to widać ma Pani w życiu coś innego do zrobienia - coś takiego, co da Pani poczucie głębokiego sensu i spełnienia - i może dopiero wtedy pomyśli Pani o tym, że chce Pani mieć rodzinę. Nic na siłę. Trzeba słuchac swojej duszy, bo tylko Pani może wiedzieć czego najbardziej Pani pragnie i potrzebuje. A to co mówią czy myslą o Pani inni ludzie - to jest ich problem. Nie ma sensu marnować czasu i energii na robienie tego, na co nie ma Pani ochoty albo pełnego przekonania. Trzeba być w życiu wojownikiem, samodzielnym i odpowiedzialnym, poszukującym szczęścia i potrafiącym je znaleźć - o tym piszę w mojej najnowszej książce pt. "W dżungli miłości" - być może znajdzie tam Pani coś dla siebie :)
Pani Olu, w zyciu najważniejsze jest to, żeby byc szczęsliwym człowiekiem, ale nikt przecież nie mowi, że tylko rodzina daje szczęście albo że tylko praca ją daje. Kazdy musi sam znaleźć swoją drogę i wcale nie musi to być taka droga, jaką idą inni ludzie. Nie ma obowiązku zakładania rodziny i czerpania z tego przyjemności. Jeżeli nie czuje Pani takiej potrzeby, to widać ma Pani w życiu coś innego do zrobienia - coś takiego, co da Pani poczucie głębokiego sensu i spełnienia - i może dopiero wtedy pomyśli Pani o tym, że chce Pani mieć rodzinę. Nic na siłę. Trzeba słuchac swojej duszy, bo tylko Pani może wiedzieć czego najbardziej Pani pragnie i potrzebuje. A to co mówią czy myslą o Pani inni ludzie - to jest ich problem. Nie ma sensu marnować czasu i energii na robienie tego, na co nie ma Pani ochoty albo pełnego przekonania. Trzeba być w życiu wojownikiem, samodzielnym i odpowiedzialnym, poszukującym szczęścia i potrafiącym je znaleźć - o tym piszę w mojej najnowszej książce pt. "W dżungli miłości" - być może znajdzie tam Pani coś dla siebie :)
Pani Beato
przeczytałam książkę w Dżungli życia i uważam że jest fantastyczna! Znalazłam w niej mnóstwo mądrości, wysnutych z Pani doświadczeń. Są to trafne spostrzeżenia i rady dotyczące życia. Książkę podarowałam w prezencie swoim koleżankom. Uważam, że każdy dojrzewający człowiek (i nie tylko) powinien ją przeczytać.
Moje pytanie, a raczej prośba o radę (choć wiem, że nie specjalizuje się Pani w udzielaniu porad psycholigicznych ;-) jest dosyć specyficzna.
Poznałam człowieka. Gdy zaczęłam czytać o Pani, to zrozumałam natychmiast, że bardzo jesteście do siebie podobni. I to sprawiło , że odważyłam się do Pani napisać. On jest osobą, która swojej pasji poświęciła całe swoje życie. Dzięki temu jest człowiekiem pełnym życia, żądnym przygód i adrenaliny. Nienasycony, poszukujący wrażeń. Czerpie z każdej minuty tego życia, którym został obdarzony. Tak jakby liczyła się tylko chwila obecna, jakby nie było wczoraj i jakby nie miało być jutra. Do tego ciepły i otwarty na ludzi. Optymista. Zadowolony z tego co ma i z tego czego nie ma.
Dla mnie fenomen. Takiego człowieka jeszcze nie poznałam. Jest totalnym przeciwieństwem osób spotykanych wcześniej. Zauroczył mnie. Nie myślę o wizerunku fizycznym. Od środka. Zachwycił sobą, spojrzeniem na świat, odbiorem ludzi, przemyśleniami, doświadczeniami. Całym sobą. Gdy rozmawialiśmy, czułam, że to co mówi przenika do jednego miejsca w moim sercu tak głęboko, że aż... Nie ukrywam, że człowiek ten wywarł na mnie przeogromne wrażenie, choć w uczuciach jestem raczej oszczędna i powściągliwa.
Dlatego do dziś dziękuję Bogu, że dane było mi go spotkać na mojej drodze. Nie chciałabym żeby potraktowała Pani mój list jako zwierzenia jakiejś niedojrzałej nastolatki. Mam 28 lat i troszkę już w życiu przeszłam, choć opisywanie mojego życiorysu w tym miejscu nie byłoby przecież właściwe.
Pytanie moje jest takie: czy do takiego człowieka można jakoś dotrzeć? (analogicznie: w jaki sposób można byłoby dotrzeć do Pani?) Czy on ma uczucia takie które towarzyszą przeciętnemu człowiekowi? Czy jest totalnie pochłonięty tymi swoimi poszukiwaniami, pasjami i to one w zupełności wystarczają mu do szczęścia? Z jego opowieści wiem że jest po nieudanym związku (nie małżeńskim), którego owocem jest córeczka. Wiem, że jest dla niego bardzo ważna, że nie jest w chwili obecnej z nikim... a przynajmniej nie był, kiedy poznaliśmy się 2.5 miesiąca temu...
Pani Beato, w jaki sposób można dotrzeć do człowieka, który jest człowiekiem zupełnie nieprzeciętnym?? Pytam Pani, bo to Pani uwielbia podróżować, poznawać świat i ludzi i ośmielę się Panią nazwać właśnie osoba nieprzeciętną...
Przecież podobają mu się kobiety, ma uczucia i potrzeby. Sama mogłam się o tym przekonać, co nawiasem mówiąc było najgorszym błędem, który popełniłam: kochałam się z nim w dniu poznania. No właśnie, bo poznaliśmy się w podróży i spotkaliśmy "aż" 3 razy. Chciałabym, żeby to było jasne. Niczego nie żałuję, ani jednej chwili z nim spędzonej... ten człowiek zupełnie się przede mną otworzył, kompletnie. Dał mi całego siebie jak na dłoni. Bez oszustw, kłamstw. Nigdy wcześniej nie znałam tak bardzo szczerej i spontanicznej osoby. Powalił mnie tym na kolana. Zero kombinowania, obwijania w bawełne, ubierania w ładne słowa. Całkowita autentyczność. Może przez zamieszkiwanie wśród mieszkańców Afryki zaszczepiły się w nim takie pozytywne cechy, które na ogół trudno spotkać?
Mimo tych wszystkich wspaniałości, Pani Beato, straciłam go. I wydaje mi się, że przez te noce. Żadna szanująca się kobieta nie robi przecież takiego numeru, żeby iść z nieznanym facetem do łóżka (a może w swojej ocenie jestem zbyt surowa...?) Co mam powiedzieć na swoje usprawiedliwienie? Że chciałam przeżyć przygodę? Nie! Bo to był pierwszy tego rodzaju indcydent w moim życiu (proszę nie mylić z dziwictwem). Kompletnie mu się oddałam, popłynęłam za nim bo ujął mnie całym sobą. Dałam się ponieść, choć nie było w tym żadnej racjonalności. To było silniejsze. Sama nie wiem skąd się wzięło. Nigdy wcześniej nie czułam tak bardzo mocno siły chemii jak w tym przypadku. Sytuacja mnie przerosła.
Gdy sobie jednak uświadomiłam po tym wszystkim, co tak naprawdę musiał sobie o mnie pomyśleć, jak mnie odebrać... Osłabia mnie to, a wizja tego za jaką mnie uważa spędza mi sen z powiek. A uważać musi, mówiąc delikatnie za panienkę lekkich obyczajów. To jak się zachował, mówi samo za siebie: Gdy się rozstaliśmy po ostatnim spotkaniu miał się odezwać. Nie zrobił tego. Po kilku dniach napisałam smsa, że brakuje mi jego spontaniczności, szalonych pomysłów. Cisza. Kilka dni później, już nie z żalem, ale rzeczowo zapytałam, dlaczego nie ma odwagi napisać mi wprost, że nie chce mieć ze mną kontaktu. Byłoby to z jego strony uczciwe, wyjaśniłam, a ja nie robiłabym z siebie idiotki. Odpisał, że nie może teraz rozmawiać. Że odwezwie się następnego dnia. Nie odpisałam mu (czy to był błąd???). A następnego dnia już od niego nie usłyszałam.
Czy to nie jest dowód na to, że to on potraktował mnie jako przygodę? Ta myśl bardzo mnie przygnębia i autentycznie boli. Zwłaszcza, że ze mną i facetami prawda jest zupełnie inna: relacje intymne były dla mnie zawsze czymś szczególnym. Nie zdarzyły się, dopóki nie poznałam dobrze człowieka i czegoś poważniejszego do niego nie poczułam. Ale przecież gdybym mu wyjaśniła, jak jest naprawdę (tzn. że nie praktykuję takich rzeczy) to pewnie i tak by nie uwierzył. To czyny są ważne, nie słowa.
Czy zastanawia się Pani dlaczego martwi mnie to, co on on mnie myśli? Dlatego, że nie mogę się pogodzić z tym, że tak się to zakończyło. Że poznałam człowieka, który dał mi całego siebie, a później z tym uczuciem zostawił. Dlatego, że to co, mogło być dla niego przygodą, dla mnie nie było. Dlatego że czuję za nim ogromną tesknotę i dlatego że chciałabym żeby ten człowiek był częścią mojego świata.
Czy myśli Pani, że warto walczyć? Ja zawsze wierzyłam w to, że to mężczyzna powinien walczyć o kobietę, a nie na odwrót. I nagminnie, z honorem i dumą podchodziłam do facetów, traktując ich przeważnie z góry. Trudno było mi się przełamywać, to zawsze oni musieli robić wszystko, żeby jakoś tam mnie zdobyć, tworzyłam jakby mur nie do przebicia. Tutaj także kieruję się dumą, choć uczucie i tęsknota są bardzo silne. Ale z kolei rozumem, zdaję sobie sprawę z beznadziejności tej sytuacji, którą przecież na własne życzenie stworzyłam.
A może chodzi o coś zupełnie innego. O to, że być może pomyślał, że jestem z kimś związana (gdy zapytał, to przyznałam, że pierścionek na palcu nie jest zaręczynowy, ale nie przyznałam wprost że z nikim nie jestem), może odczuwał, że 8 lat różnicy między nami to za dużo (byłabym ostatnią osobą, która z tego powodu mogłaby mieć kompleksy, ale nie wiem jak jest z nim). Sama nie wiem. Próbuję doszukiwać się jakiś racjonalnych powodów, irracjonalnych zresztą też. Co Pani o tym wszystkim myśli? Czy mogę liczyć, na chociażby krótką opinię?
Moja rada: nie czekać i nie szukać. Wtedy on sam do Pani przyjdzie. Wyjaśnię Pani dlaczego.
Człowiek, który wiecznie za czyms goni i żyje swoją pasją, nie jest gotowy na "związek" w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Kiedy widzi, że kobieta oddaje mu swoją duszę, boi się trochę, że będzie musiał tę duszę wziąć i opiekować się nią, czyli że będzie musiał być za nią odpowiedzialny - a tego raczej nie chce.
Zaciekawi go kobieta, która także ma swoją pasję i nie zawsze będzie gotowa spotkać się z nim o każdej porze dnia i nocy, bo będzie zajęta swoim życiem.
Moim zdaniem nie zrobiła Pani nic złego - z wyjątkiem może wysyłania sms-ow z pytaniami o przyszłość. Na poziomie teoretycznym taki mężczyzna, jakiego Pani opisała, obawia się "stałego" związku i odpowiedzialności. W środku duszy jednak strasznie tego potrzebuje i marzy o tym. Jest trochę jak dziki lis z "Małego Księcia" - chciałby zostać oswojony, ale sam przed sobą nie chcę się do tego przyznać, więc kiedy ktoś spróbuje podejść do niego za blisko, on ucieknie.
Z drugiej strony - jeżeli stanie Pani w pewnej odległości i nie będzie Pani próbowała się do niego zbliżyć, on sam podejdzie.
Związek z takim człowiekiem nie jest łatwy, bo on ciągle będzie próbował uciekać, żeby udowodnić sobie, że jest wolny i może robić co chce. A potem będzie wracał i oczekiwał, że Pani go przyjmie, zrozumie i przytuli.
Pyta Pani o radę - radzę zająć się sobą. Zająć się pracą, ulubionym hobby, jakąś pasją. Nie ma sensu gonić za nim, bo im bardziej będzie się Pani próbowała zbliżyć, tym bardziej on się będzie starał oddalić. Jeśli będzie chciał, sam przyjdzie. I najprawdopodobniej przyjdzie dopiero wtedy, kiedy Pani przestanie na niego czekać, bo stwierdzi, że jednak nie musi Pani z nim koniecznie być. Serdecznie pozdrawiam i życzę szczęścia :)
Witam serdecznie p. Beato. Mam na imie Karol. Lat 29. Z wyksztalcenia jestem inzynierem budownictwa. Od zawsze moim marzeniem bylo podrozowanie po swiecie, poznawanie nowych ladow i co najwazniejsze kultur, ludzi innych narodowosci. Jestem ciekawy Swiata. Kocham zycie i ludzi. Staralem i staram w ten sposob dobierac sobie zajecia (prace) aby laczyc przyslowiowe "przyjemne z pozytecznym", spelniajac sie zawodowo realizowac marzenia. Jak dotychczas udalo mi sie odwiedzic Skandynawie i znana z goracych temperamentow Italie czyli ta "cywilizowana" czesc Swiata. Ostatnio dostalem propozycje pracy w Ugandzie (poczatkowo Tanzanii). W pierwszym momencie pomyslalem...wlasnie spelniaja sie moje marzenia! No prawdziwa przygoda po prostu! Mam wielu znajomych z Afryki i sporo nasluchalem sie o "czarnym" ladzie. M.in. o Tanzanii jako pieknym i spokojnym kraju. Zaczalem sie mocniej interesowac Afryka, kultura, zyciem codziennym, przyroda. Mam swiadomosc (czesciowa) zagrozen zwiazanych z podroza do Afryki (m.in. chorob tropikalnych) jednakze moja wiedza w glownej mierze opiera sie na filmach dokumentalnych oraz informacjach jakie bez trudu mozna znalezc przegladajac strony internetowe. Wszelakie poradniki w intensywny sposob pobudzaja moja wyobraznie i raczej nie nastawiaja pozytywnie do tego rodzaju podrozy. Najwieksze obawy budzi we mnie fakt, iz godzac sie na propozycje pracy w Ugandzie musialbym spedzic tam rok czasu a moze dluzej z krotkimi przerwami. Nie sa to wiec 2 tygodnie, ktore wiekszosc turystow spedza na safarii z przewodnikiem... Nie wglebiajac sie zbytno w temat i schlebiac aby nie zrazic do siebie...jest Pani dla mnie inspiracja i niewatpliwym autorytetem w tej dziedzinie. Pragne Pania zapytac...Czy rzeczywiscie powinienem sie obawiac? Czy jest Ona az tak grozna jak sugeruja niektore przewodniki? Czy da sie tam normalnie zyc jednoczesnie intensywnie pracujac? Bede wdzieczny Pani Beato za wszelka informacje czy porade z Pani strony. Z wyrazami szacunku Karol P.S.: Prosze wybaczyc dosc krotka i zimna forme listu nie naleze jednak do osob, ktorym latwo przychodzi opowiadanie o wlasnych odczuciach.
Panie Karolu, prawda leży pośrodku. Z jednej strony rzeczywiście to prawda co jest napisane w przewodnikach, a choroby tropikalne istniejące w Afryce nie są fikcją literacką, ale najprawdziwszą prawdą. Tylko na malarię rocznie umiera 600 milionów ludzi na całym świecie.
Z drugiej strony w Afryce też żyją ludzie i jeżeli człowiek zna zagrożenia, to jest w stanie się do nich odpowiednio przygotować i im zapobiec.
Z trzeciej strony rok spędzony w Afryce to fantastyczna przygoda, która pewnie zmieni Pana wewnętrznie, ale na pewno zmieni na lepsze.
Radzę więc przeczytać o chorobach tropikalnych, a najlepiej pójść do Kliniki Chorób Tropikalnych i dowiedzieć się u lekarza specjalisty jakie są zagrożenia i jego rady.
Myślę, że nie powinien się Pan bać na zapas, ale warto mieć solidną wiedzę na temat miejsca, w którym przyjdzie Panu mieszkać, choćby po to, żeby czuć się bezpiecznie.
Witam,
Pani Beato, chciałabym zapytać, czy w przyszłym roku organizuje może Pani wyprawę z grupą do Peru?
O zobaczeniu Peru marzę od wielu lat, jest duża szansa, że w przyszłym roku moje marzenie się spełni <<haha>>
W związku z tym, przeglądam oferty w biurach podróży i oczywiście muszę koniecznie Panią o to zapytać!
Próbowałam wyczytać na Pani stronce, ale nie znalazłam...
Bardzo będę wdzięczna za odpowiedź,
pozdrawiam serdecznie,
Mariola
Na mojej stronie tego Pani nie wyczytała, ale chyba wyczytała to Pani w moich myślach :) Mam taki plan, żeby zorganizować wyprawę do Peru w czerwcu 2009 roku. Będzie to wyprawa na ok. 14 dni. W czerwcu dlatego, że wtedy odbywa się wielki festiwal na cześć Boga Słońce, czyli Inti Raymi. Pomysł jest w tej chwili na etapie przygotowywania programu oraz kosztorysu, myślę, że w ciągu najbliższych dni będę znała szczegóły i wtedy zamieszczę informację o tej wyprawie w dziale „Podróże” :)
Droga Beato
Chyba najłatwiej pisze się prosto z serca, więc i niech taki będzie ten list. Przede wszystkim chciałam Ci podziękować za to, że swoim pięknym życiem pokazujesz innym, że warto być, żyć, kochać i mieć marzenia. Wiem, że brzmi to banalnie i pewnie pisze tak każdy, ale cóż poradzić na to, że poruszasz tłumy Wiesz, zastanawiam się (ponieważ sama się z tym nadal borykam a mam już 22lata) skąd w nas ludziach tyle autoagresji i nienawiści do samych siebie. Fakt, po części jesteśmy produktem społeczeństwa i wartości przez nie lansowanych (pieniądze, wieczna młodość, perfekcjonizm) które powodują iż wszyscy mniej czy więcej patrzymy na siebie przez pryzmat pozycji społecznej, tego co mamy a nie kim jesteśmy lub kim chcielibyśmy być (a np nigdy nie będziemy). I wtedy pojawia się ból i może nawet autodestrukcja: jestem brzydka, głupia, beznadziejna i nie nadaję się do niczego i zasługuję co najwyżej na śmierć-skąd w człowieku takie myślenie? W jednym z rozdziałów swojej nowej książki piszesz iż wynika ono z niewłaściwego wychowania przez rodziców (bądź jak najdłużej dzieckiem i o nic się nie martw) i muszę się z tym zgodzić,to jednak jak temu wszystkiemu zaradzić? Niby jesteśmy tak cywilizowanymi społeczeństwami, a nie potrafimy nawet nauczyć naszych dzieci podstawowych rzeczy: odpowiedzialności, wiary we własne siły i zdrowego pozytywnego myślenia czy w ogołe MYŚLENIA (szkoła wręcz odmóżdza A później tak wielu z nas przechodzi katusze związane z niską samooceną, poczuciem własnej wartości i w ogóle chęci do życia, które (życie) tylko rozczarowuje...
Nie winię swoich rodziców ani szkoły za to że mam skłonności autodestrukcyjne & depresyjne bo jestem świadoma iż sama wmawiam sobie złe rzeczy i pracować muszę nad sobą także sama, niemniej jednak z perspektywy czasu bardzo żałuję, że ani jedna ani druga instytucja nie nauczyła mnie podstawowej rzeczy do której są powołane: jak być silnym i odważnym człowiekiem. Ale wnioskując z tego, że i Ty-dzisiejsza kobieta sukcesu przechodziłaś przez to piekło mam gdzieś iskierkę nadzieii, że i dla innych osobowości autodestrukcjnych możliwe jest do osiągniecia to co i Tobie się udało: pokonanie siebie, pokochanie życia, stanie się wolnym i szczęśliwym człowiekiem, który potrafi spojrzeć z szacunkiem w lustro i niczego się nie boi ani życia ani śmierci, ani innych ludzi ani siebie...Jakie to właściwie uczucie? Pewnie nie do opisania-uczucie wolności i jakiegoś samospełnienia. Mam wrażenie, że w tym celu muszę ruszyć w świat, poznać go i siebie (właśnie, ile trzeba przeży żeby wreszcie poznać siebie i wiedzieć na co mnie stać, co jestem warta/y???)...może wreszcie wtedy autodestrukcyjny potwór zmieni się w wiernego przyjaciela;
Pozdrawiam ciepło
Julita
P.S. Jeszcze jedno pytnie zwiedziłaś praktycznie cały glob, powiedz, czy na świecie jest więcej dobra czy zła i jaki właściwie jest ten świat? Mój tata na to pytanie zawsze powzdychał a potem odpowiadał, że "świat jest piękny, tylko niektórzy ludzie bladzie"...
Julito, to jest trochę zaklęte koło, ale możliwe do przerwania. Jeżeli dziecku nikt nie powie w szkole ani w domu, że musi być samodzielnym i silnym czlowiekiem, który zna swój cel i ma pozytywne nastawienie do samego siebie i do świata - to takie dziecko wyrośnie na kolejnego dorosłego, który nie potrafi tego przekazać swoim dzieciom.
Trudno, tak bywa na świecie. Na szczęście dorosły człowiek sam może odkryć te super proste i super ważne prawdy i zastosować je w swoim życiu - tak jak ja to zrobiłam. A kiedy to odkryłam, czym prędzej napisałam o tym książkę.
W codziennym biegu pełnym obowiązków ludzie czasem gubią to, co najważniejsze. W naszej cywilizacji jest moda na to, żeby udawać kogoś, kims się nie jest - na potrzeby innych ludzi, czyli starać się zrobić na kimś wrażenie. Człowiek myśli czasem, że najważniejsze jest to co pomyślą o nim inni ludzie. To wynika właśnie z braku poczucia własnej wartości i braku zaufania do siebie. To z kolei bierze się z tego, że czlowiek nigdy nie był gotów wziąć odpowiedzialności za samego siebie i za własne życie.
Ale to łatwo zmienić. I jeśli ktoś zacznie żyć świadomie i zaciągać zobowiązania wobec samego siebie, to szybko odkryje smak szczęścia i wolności :)
Z bycia przyjacielem samego siebie wynikaja same dobre następne rzeczy - jeśli ktoś lubi siebie, jest w stanie lubić i szanować też innych ludzi, potrafi też realizować w życiu swoje cele i spełniać marzenia. To daje siłę i radość.
W życiu trzeba być pozytywnym wojownikiem :) O przemianie z leniwca w wojownika piszę w książce "W dzungli miłości", która ukaże się jeszcze w październiku :))
Witam Pani Beato! Już, a może dopiero, od roku przyglądam się baczniej Pani działalności. Swiata wg blondynki slucham co prawda juz od dawna, od paru ladnych lat, ale dopiero rok temu trafilam na Pani strone internetową i dowiedzialam sie o Pani wiecej. Do tej pory znalam Pania przede wszystkim jako podróżniczke, a zagladajac do oliwkowa i przede wszystkim przeczytawszy "W dzungli zycia", odkrylam ze jest Pani lekarzem dusz. Wydaje mi się, ze byc moze minela sie Pani z powolaniem i powinna zostac psychologiem. Od dawna juz przymierzam sie do napisania do Pani, ale z jednej strony jest wstyd mi obarczac Panią moimi smutkami, z drugiej jednak wiem, a przynajmniej licze na to, ze mi to pomoze. Niestety moj list bedzie smutny, bo czuje w sercu,duszy i calym ciele wlasnie ogromny smutek, zal i rozgoryczenie. Przyczyna mojego smutku, co jest w tym wszystkim najsmutniejsze, jestem ja sama. Czuje sie nieszczesliwa, przede wszystkim, tak sadze, z powodu mojej samotnosci. Studiuje na trzecim roku dziennikarstwa. Praktycznie mam tylko znajomych, z ktorymi wymieniam lakoniczne "czesc" i dla ktorych nic nie znacze. Moja najblizsza kolezanka (boje sie uzyc slowa przyjaciolka), ma chlopaka i to jemu poswieca swoj wolny czas, a i tak wydaje mi sie ze coraz mniej mnie rozumie. wieczory spedzam wiec sama, co czasami bardzo boli, choc juz sie do tego przyzwyczailam, bo od zawsze bylam raczej typem samotnika, ale nie doskwieralo mi to tak bardzo, dopoki nie zaczelam studiow poza domem. Weekendy lubie spedzac w domu, bo tylko tam czuje sie soba. Na studiach, w obecnosci znajomych blokuje sie, nie potrafie byc otwarta i szczera tak naprawde. Tak wyszlo na poczatku, ze ludzie poznali mnie raczej od tej spokojnej strony i teraz nie potrafie tego mojego wizerunku przelamac. W duszy mi czasami gra, mam ochote spiewac i tanczyc , ale przeciaz to sie kloci z moim wizerunkiem. Czasami pewnie ludzie uwazaja mnie za samolubna albo arogancka ale ja juz wole wlasne towarzystwo niz towarzystwo ludzi, ktorychh nie lubie. Bo ludzie, ktorych poznalam na studiach to w wiekszosci snoby, malo inteligentne osoby dla ktorych licza sie tylko kasa i imprezy. Zdarzaja sie tez wyjatki, ale jakos akurat z tymi fajnym osobami ciazko mi nawiazac kontakt. nie mam chlopaka i wlasciwie nigdy nie mialam, nie wiem co to milosc i boje sie jej, ale z Pani rad wiem, ze chlopak nic by tu nie pomogl. Az mi wstyd przyznac, ze najlepiej jest mi przed telewizorem w domu, z rodzina. Bo podczas gdy ja tak sobie z nimi siedze, moi rowiesnicy korzystaja z zycia. To smutne, ale przez caly tydzien czekam na weekend. To nie tyle tesknota do rodziny, ile do samej atmosfery domu. Wiem, ze aby poznac ludzi trzeba dzialac, ruszyc sie z domu, ale nie potrafie uwierzyc ze sama moge cos zdzialac. W ogole brak mi wiary w siebie i pewnosci siebie. Wydaje mi sie ze wszyscy umieja i wiedza wiecej ode mnie. I ze nikt mnie nie rozumie. Brak mi pokrewnej duszy, osoby ktora czulaby to co ja, albo pomoglaby mni polubic siebie. Pani mowi, ze trzeba miec w zyciu pasje, rozwijac ja i to wystarczy. Ja niby sie interesuje kinem, ale jakos szczegolnie to sie na nim nie znam, a nawet jak juz cos ciekawego wiem np. o jakims filmie, to siedze cicho i sie tym nie chwale. Poza tym fascynuje mnie Wielka Brytania, ale juz dawno niczego o nie j nie przeczytalam ani nie obejrzalam. No i bardzo lubie czytac dobre ksiazki, pisze nawet recenzje na strone internetowa, ale mysle ze nie jestem w tym dobra. Moglabym tez oczywiscie zglosic sie do jakiejs redakcji, zeby wprawic sie w przyszly zawod, ale boje sie odrzucenia. Bardzo marze o radiu, a w liceum prowadzilam nawet wlasna audycje o nowosciach w muzyce. Do moich problemow nalezy jeszce dorzucic klopoty ze snem, ktore sa na studiach ale w domu ich nie ma. Posumowujac patrzac na mnie mozna stwierdzic, ze nie ma we mnie zycia. A ja bardzo bym chciala to zmienic, ale nie wiem jak. W Pani ksiazce jest wiele fajnych porad, ale nie potrafie ich zastosowac. Niby wszystko, co mam robic, zeby sie zmienic, wiem, ale nadal stoje w miejscu.Zwierzyłam sie Pani, bo potrzebowalam to komus opowiedziec. Licze na jakies wskazowki od Pani, moze jakas motywacje. Sama pewnie jak zwykle postanowie zzmiany, ktorych i tak nie wprowadze w zycie. Dziekuje ze Pani jest i przepraszam, ze Pana zajmuje moimi problemami. Dziekuje tez za Oliwki, bo czuje dzieki temu ze sa podobne do mnie osoby oraz osoby ktore potrafia pieknie zyc. Pozdrawiam i z utesknieniem czekam na nowa ksiazke. I marze o tym zeby zobaczyc Pania na zywo. Moze bedzie Pani promowac ksiazke w Olsztynie? Sara
Droga Saro, jeżeli piszesz, że chcesz coś zmienić w swoim życiu, to jesteś jedyną osobą, która może tego dokonać. I masz teraz prosty wybór: albo przez następne 10 lat swojego zycia będziesz płakać, że "chcesz ale nie możesz", albo przełamiesz swoją niechęć do wysiłku i naprawdę coś ze swoim zyciem zrobisz.
Nikt nie zrobi tego za Ciebie.
Nie skarż się, że nie masz przyjaciół, bo z jednej strony piszesz że inni ludzie są nieciekawi i powierzchowni, a z drugiej strony uważasz się za gorszą od nich. Inni ludzie nie wniosą do Twojego zycia światła, którego potrzebujesz, bo mają własne sprawy i własne zmartwienia. Światło jest w Tobie i wystarczy odnaleźc w sobie płomyk, który Cię wewnętrznie rozświetli. Jak? Sama wiesz, bo przeczytałaś moją książkę. Polecam Ci ciąg dalszy tej książki, czyli "W dżungli miłości" - piszę w niej o tym jak przestać się martwić i stać się wojownikiem, który żyje pełnią życia.
Znajdź siebie w tym wszystkim. Szukasz w ludziach dookoła - w znajomych, rodzinie, bo Ci się wydaje, że oni znają jakieś tajemne odpowiedzi. Ale oni pewnie są tak samo zagubieni jak Ty. Każdy człowiek mu najpierw pogadać uczciwie z samym sobą i odkryć we własnej duszy co jest naprawdę ważne, co wymaga zmiany i pracy. Wtedy trzeba zakasać rękawy i popracować nad swoim charakterem i siłą woli. Inaczej się nie da. Nie ma jakiejś łatwiejszej, szybszej drogi, która wymaga mniej pracy. Samo tez nic się nie stanie. Jesli chcesz być szczęsliwa, musisz sama o to szczęście zawalczyć.
Na problemy ze snem mam jedną, ale 100% skuteczną radę: sport. Zacznij uprawiać jakikolwiek rodzaj aktywności fizycznej: chodzenie, bieganie, jeżdżenie na rowerze czy rolkach, fitness. Co najmniej pół godziny codziennie - i problemy ze snem znikną. Powodzenia :)
Pani Beato Przeczytałam ostatnio Pani książkę w "Dżungli życia". Mam problem z zaburzeniami odżywiania. Zawsze miałam mnóstwo kompleksów na punkcie swojego wyglądu. Przeszłam już przez próby odchudzania, które kończyły się niemal anoreksją, potem wracała chęć do jedzenia, ale było to kompulsywne zjadanie pokarmów- czyli koszmar. Mam 23 lata i muszę się do tego przyznać, że nie potrafię normalnie jeść... opycham się bez umiaru i największym moim problemem jest to, że nie jem wtedy kiedy rzeczywiście chce mi się jeść. Całe szczęście, że uwielbiam owoce w tym jabłka i duża część mojego dziennego pożywienia to owoce, bo pewnie byłabym gruba.
Nie wiem jak sobie z tym poradzić. Codziennie obiecuję sobie, że od następnego dnia spróbuję jeść normalnie, wtedy kiedy czuję głód, ale nie potrafię. I trwa to już 2 lata. Czuję, że żyję w jakimś koszmarze, zwłaszcza, że od jedzenia uzależniony jest mój cały świat. Odwlekam odwiedziny koleżanki w innym mieście o tydzień, bo liczę na to, że schudnę, zostaję w domu zamiast spotkać się z koleżankami, bo czuję, że najadłam się zbyt dużo i jestem gruba. Nie potrafię się zmobilizować, powiedzieć do siebie taj jak Pani mówiła w chwili słabości...
Mam świadomość, że zaburzenia odżywiania to poważny i złożony proble. Zastanawiam się czy udać się do psychologa. Jestem teraz w bardzo ważnym i znaczącym momencie życia. Przeprowadziłam się do Warszawy, kończę studia i biegam w poszukiwaniu pracy. Na całe szczęście wszystko układa pomyślnie, ale nadal nie czuję, że żyję pełną piersią. Nie potrafię rozwinąć w pełni skrzydeł, bo mój problem mi je podcina. Nie chcę zmarnować kolejnej szansy, bo było juz ich zbyt wiele. Proszę o kilka słów...
Wiem jak to jest, bo też kiedyś przez to przeszłam. I dlatego wiem, że problemy z jedzeniem to jest tylko wierzchołek góry lodowej, bo prawdziwy problem leży zupełnie gdzie indziej. Kiedy czlowiek nie lubi siebie, nie wie kim jest, nie potrafi znaleźć dla siebie żadnego celu w życiu, kiedy nie jest samodzielny i nie rozumie, że jest odpowiedzialny za własne życie - zaczyna błądzić. Jak wędrowiec, ktory mógłby podążać prosto do celu, ale nie ma pojęcia, że istnieje taka droga, która prowadzi do celu - więc wyrusza po omacku i kręci się w kółko. To nic strasznego. To stan, z którego łatwo można wyjść za pomocą wlasnej silnej woli i świadomości. Wystarczy tylko zrozumieć kilka podstawowych rzeczy, czyli m.in. to, że Twoje życie jest w Twoich rękach i tylko Ty możesz zrobić z nim coś sensownego. Zamiast więc uciekać w problemy z jedzeniem trzeba sobie zadać kilka zasadniczych pytań: czy jestem taką osobą, jaką chciałabym być? Co powinnam w sobie zmienić? Jak to zrobić?
O tym piszę właśnie w mojej nowej książce, która ukazuje się za kilka dni - "W dżungli miłości". Piszę tam ze szczegółami i krok po kroku co zrobić, żeby wyjść na prostą i być szczęliwym wędrowcem w drodze do upragnionego celu.
Niech się Pani więc nie martwi, tylko weźmie się w garść i zajmie się zmienianiem w swoim życiu tego co jest niefajne na dobre :) Serdecznie pozdrawiam :)
Pani Beato! Pisałam już do Pani kiedyś, ale nie otrzymałam odpowiedzi. Mam nadzieję, że tym razem odpisze mi Pani. Chodzi o moją przyjaciółkę, która choruje na bulimię. Wiem, że Pani chorowała z książki "W dżungli życia". Czy ja w jakikolwiek sposób mogę jej pomóc? Pani Beato, bardzo proszę o pomoc, z nią jest coraz gorzej. Co jej powiedzieć, co zrobić? Proszę o odpowiedź. Pozdrawiam. Dominika
Pani Dominiko, niewiele Pani nie może zrobić dla swojej przyjaciółki, bo ona jest pogrążona w użalaniu się nad sobą i w wymierzaniu sobie kar za nieistniejące przestępstwa i przewinienia. Najprawdopodobniej ona strasznie nie lubi siebie i na tym własnie się skoncentrowała - na nienawiści do samej siebie i do wszystkiego co robi. I dlatego celowo (choć nie do końca świadomie) doprowadza się do takiego stanu, kiedy będzie mogła siebier nienawidzić jeszcze bardziej. Jej największym problemem wcale nie jest jedzenie, tylko totalny brak zaufania do samej siebie i brak poczucia własnej wartości.
Sama musi się przebudzić i zrozumieć, że to nie ma sensu. Być może pomogłoby jej przeczytanie mojej książki "W dżungli zycia", gdzie piszę o tym jak ja czułam się podobnie i jak moje myślenie się zmieniło - i jak odnalazłam w życiu szczęście.
Pani Beato!
Chciałabym bardzo podziękować Pani za książkę "W dżungli życia":-) Wpadła mi w ręce "przypadkiem" i już po przeczytaniu pierwszej linijki wstrzymałam oddech... (gdyby się dało to pewnie całą przeczytałabym na wdechu:-).
Kiedy czytam wstęp to myślę: "Ja też!!". Chyba po raz pierwszy ktoś bardzo konkretnie, prosto i jasno wyraził moje myśli i uczucia, których nie potrafiłam nazwać. I pomału dociera do mnie, że wcale nie muszę się wstydzić, że nie wiem dokładnie czego szukam, że mimo iż mam już 26 lat to przecież nie wszystko stracone.. I chociaż przez ostatnie trzy lata chodzę po bezdrożach i nie potrafię znaleźć swojego miejsca to jednak czuję, że jest we mnie ogromny potencjał i żarłoczny apetyt na Szczęście!!! :)
Pani książka dodała mi sił w mojej wędrówce i przypomniała o fundamentach.
Bardzo dziękuję, że tak prosto i tak po prostu podzieliła się Pani swoim doświadczeniem.
Przytulam mocno i życzę wiele szczęścia!!!!!
Marta:-)
Pani Marto, chodzenie po bezdrożach też jest słuszne, bo dopiero po wędrówce po pustyni człowiek jest w stanie docenić bujność zielonych traw na pięknej łące :) Jestem przekonana o tym, że nigdy nic nie jest stracone. Zawsze można znaleźć nową ścieżkę i coś takiego, co człowieka poruszy do głębi i da mu nie tylko nadzieję, ale i siłę. I tego Pani życzę :)
|