|
|
Komnata Sztuk Wszelkich 286: pinczerka - "Moja podróż z Panią Beatą (to, co podsunęła mi wyobraźnia)"

Spotkałam ją na ulicach mojego miasta. Na pierwszy rzut oka nie wyróżniała się z tłumu. Wyglądała jak tysiące innych kobiet – długie, jasne włosy opadające lekko na ramiona, niebieskie jak wody oceanu oczy, serdeczny, ciepły uśmiech. Bystrzejszy obserwator dostrzegłby w jej sylwetce, mimice twarzy, miękkich ruchach duszę globtrotera, obieżyświata, człowieka pochłoniętego podróżniczą pasją. Dostrzegłam ją, jak dokładnie i pieczołowicie taksuje oczami nasze miasto – układ budynków, strukturę drzew, żebraka siedzącego na ławce. Niektórzy ludzie w pośpiechu mijali jej osobę, rzucali ukradkowe, aczkolwiek obojętne spojrzenia. Inni zaś, odważniejsi, przystawali, uprzejmie zagajali rozmowę. Nie mogłam przepuścić takiej okazji na poznanie znanej, lubianej pisarki.
Podeszłam. Trochę nieśmiało, ale sławni ludzie zawsze mnie onieśmielali.
Przywitałam się, przedstawiłam – że jestem Agnieszka, mam czternaście lat, mieszkam tutaj od dziecka. I że bardzo interesuje mnie polonistyka i dziennikarstwo. Uśmiechnęła się, spontanicznie uścisnęła wyciągniętą rękę. Później były rozmowy o naszych zainteresowaniach, pociągu do literatury. Po dwóch godzinach opowiadałyśmy sobie śmieszne historie, prowadziłyśmy swobodnie „babskie pogaduszki”. Pani Beata przylgnęła mi do serca. Poinformowała mnie, że właśnie wybiera się do Ameryki Północnej – kraju znanego mi jedynie z malowniczych książek Karola Maya i barwnych przygód Karola Gordona, bohatera stworzonego przez Wiesława Wernica. Dzikie, porośnięte gdzieniegdzie skąpą trawą prerie, kotliny, moskity, olbrzymie, prawie pustynne obszary, rozległe, gęste lasy i skała, gdzie być może nadal rośnie sosna, przy której Winnetou… – te obrazy momentalnie przywołałam sobie w pamięci, gdy usłyszałam właśnie nazwę – Ameryka Północna. Chciałam stać się jej towarzyszką podczas tej wyprawy. Pani Beata zgodziła się. Została w mieście jeszcze tydzień. Dała mi czas na spakowanie i emocjonalne przygotowanie się na podróż. Sama ustaliła z moimi rodzicami szczegóły wyjazdu, pobytu na miejscu, powrotu.
Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. Czułam się jak Charlie – późniejszy, sławny westman Old Shatterhand, który przybył do Ameryki na budowę kolei. Był greenhornem, nieumiejętnym jeźdźcem, niezbyt wprawnym strzelcem.
Jazda autobusem, później lot samolotem zmęczył mnie, a do tego nagła zmiana klimatu, różnice temperatur osłabiły mój organizm – jednak nie na tyle, aby utemperować zapał do dalszej peregrynacji. Gdy byłam na miejscu, musiałam przetrzeć oczy i uszczypnąć się w ramię. Nie, nie śnię. Spełniam tylko moje najgorętsze marzenie dzieciństwa – pojechać do kraju, któremu oddał się Karol May, gdzie tworzył własną wyobraźnią bohaterów, akcję, wydarzenia. Oddał się tej potężnej pasji, jaką jest pisarstwo. I był jej wierny aż do śmierci, tak jak Jack London czy Cooper.
Pani Beata zrozumiała moje szczęście, musiała wykryć uczucia, bo przecież mieniły mi się one na twarzy, tak wiernie odmalowane przez serce.
Byłam dwa tygodnie. Tych dni nie zapomnę nigdy w życiu. Gdy zwiedzałam miasta, poznawałam kulturę i obyczaje rdzennych mieszkańców (tak przecież doskonale poznane w czasach dzieciństwa, z książek małżeństwa Szklarskich), próbowałam tamtejszych potraw, zapisywałam wydarzenia w prywatnym dzienniczku – to wtedy czułam się nieomal jak sławny podróżnik. Dosiadałam prawdziwego, indiańskiego wierzchowca, ćwiczyłam się w strzelaniu z łuku, poznałam wiele słówek z języka, jakim porozumiewali się niektórzy Indianie. A wieczorem chłonęłam opowieści Pani Beaty. Doznałam wtedy uczucia, że jestem prawdziwym traperem, zasiadam przy ogniskach, słuchając w dużej części zmyślonych opowiastek innych westmanów, wynikających z ich skłonności do przechwalania się.
Ta podróż stała się kolorową wkładką w karty mojego życia, które czasami będę odwiedzać. Może przekonam się na własnej skórze, że wystarczy odwiedzić raz Dziki Zachód, aby powracać do niego – zawsze i wszędzie.
To krótkie opowiadanie podyktowała mi własna wyobraźnia.
|