|
|
Komnata Sztuk Wszelkich 292: Paulina - "List"

Warszawa 23.12.2007 Drogi Stefanie!
Długo zastanawiałem się, czy do ciebie napisać. Jedyne, co nas dzisiaj łączy to wspomnienia i prawie niewidoczne znamię na czole. Jednak dla tych kilku chwili z przeszłości, warto zamienić kilka słów, choćby listownie. Choć nie było mnie w Polsce ponad 20 lat, wciąż mam sentyment do konfitur, herbaty z sokiem malinowym, muzyki Chopina i ładnych kobiet na ulicy. Nie zmienił się także mój kwiecisty język i filozoficzny popęd, który zawsze mi wypominałeś. Wiem, że masz mi za złe wiele spraw, które przez te wszystkie lata nawarstwiały się i potęgowały. Postanowiłem je w końcu rozwiązać i poukładać. Pierwszym krokiem był przyjazd do Polski. Niestety to już nie była moja ojczyzna, bo nikt już tam na mnie nie czekał. Chcę, aby zawarta na tych kilku stronach żałość stała się cząstką twego przebaczenia. Był piękny majowy poranek. Słońce powoli wynurzało się z morza snów, okalając świat swym blaskiem. Ziemię pokrywał koc kwiatów, pośród których niczym perły lśniły krople rosy. Wiosna na dobre zagościła nie tylko w każdej komórce roślinnej, ale i w sercach ludzi, przynosząc im nową siłę i łunę nadziei. Powiesz może, iż ta urokliwa pora przychodzi co rok i nie stanowi ewenementu w naszej egzystencji. Jednak uwierz mi, że prawdziwa wiosna naszego życia otwiera swe wrota tylko raz... Możesz nie wierzyć, ale ze łzami w oczach spoglądałem na rodzinny dom, starając się przywołać najpiękniejsze obrazy ze swej młodości. Dawne podwórze spowiła niejako pajęczyna czasu, dogłębnie zaznaczając obecność upływających lat. Studnia została pogrążona we śnie, strzecha nie była już tak miodowa, po stodole zostało jedynie popękane klepisko. Tylko drzewa szumiały wciąż tę samą piosenkę. Postawiłem walizkę i usiadłem na tych samych kamiennych schodach, gdzie niegdyś pielęgnowałem swą miłość do książek, wczytując się w dzieła Mickiewicza i Norwida. Sam nawet napisałem kilka wierszy, które mogą dzisiaj stanowić niepodważalny dowód na analfabetyzm na wsi. Sam wiesz, że w młodości postrzegany byłem jako przykładny syn i sumienny uczeń. Ridzice mówili, iż swym niebywałym talentem wzbudzałem ogólną aprobatę. Wszyscy byli święcie przekonani, że w przyszłości obiorę studia humanistyczne i oddam się pisaniu. Dla swych marzeń musiałem wychylić głowę ponad kłosy. Wiedziałem, że wieś zakuje mnie w kajdany prowincjonalizmu. Porzuciłem więc rodzinne strony, by rozpocząć barwne życie za oceanem w poszukiwaniu nowych doświadczeń oraz by nabywać wiedzę. Nowy język, kraj, poszerzający się krąg znajomych. Wszystko to, było dla mnie, młodego studenta z Polski jak sen. I tak jako nazywany przez przyjaciół ,,Frank kroczyłem drogą marzeń. Wchłaniałem wiedzę jak gąbka poszerzając w ten sposób swe horyzonty. Poprzez magistra, doktora, dotarłszy do profesury czułem się już spełniony. Liczne podróże, programy podróżnicze i reportaże umieszczane w najbardziej prestiżowych pismach zaspokajały moje zawodowe aspiracje. Któregoś dnia spojrzałem w lustro i cóż się okazało? Otóż po drugiej stronie ujrzałem zupełnie innego człowieka, jakby spoliczkowanego przez rękę czasu. Na twarzy były wyryte liczne zmarszczki, pośród kruczoczarnych włosów lśnił pierwszy siwy włos, a w oczach malowało się zmęczenie, słabość i przepracowanie. -Gdzież się podział ten radosny młodzieniec sprzed lat? Gadzie jego zapał, energia, otwartość na życie? Zapytałem sam siebie szukając w myślach odpowiedzi. Wzniosłem oczy w górę i ujrzał siedzącą na dachu szarą jaskółkę. Po policzku popłynęła mu łza. Ja także powróciłem do rodzinnego gniazda, tyle, że nikt mnie w nim nie oczekiwał Nagle na polnej drodze ujrzałem rowerzystę. Był to tęgi mężczyzna odziany w lniany, wiejski kubrak i brązowy kapelusz. Na plecach wiózł małe zawiniątko. Z wyglądu liczył jakieś sześćdziesiąt wiosen, ale wiadomo, co ciężka praca na roli robi z człowieka. Ów gospodarz przystanął, by przyjrzeć mi się z bliska. Widocznie gdzieś na dnie pamięci odnalazł mój wizerunek , gdyż uniósł rękę na znak powitania i zakrzyknął: -Wszelki duch chwali Pana Boga. Toż to Franio, Franio z Ważniaków- syn Waldemara. Poznajesz ty chrzestnego nicponiu? Zmarszczyłem brwi przewracając kartotekę wspomnień i odpowiedziałem nieco zmieszanym głosem: -Gdzież bym śmiał zapomnieć o moim kochanym wujaszku Karolu. -Aaa przetrzepałbym ci skórę za te dwadzieścia lat nieobecności. Ale matka świętej pamięci mówiła mi... Czułem, jakby miecz boleści przeszył moje serce. -Chyba wiesz, że mama odeszła. Będzie jakieś dwa lata po ojcu. -Ach tak, tak. Biedna mama... Bełkotałem -Mówiła mi jak ciężko pracowałeś w Kanadzie. ,,Tylko praca i nauka, nauka i praca mówiła -Wujaszku drogi. Lepszy taki syn, co poniesie matce wodę ze studni, niż ten, który nos w książkach trzyma i dba o własny interes. -Oj coś ty dziwnie prawisz mój Franiu. Przecie ojce byli dumni, żeś ty uczony. Nawet nie wiesz, jak żeśmy się tu za ciebie modlili, bo tyś naszą skromną wieś na świecznik wyniósł. Na te piękne słowa, oblał mnie zimny pot. Kołatały mną przeróżne uczucia, które szarpały wnętrze. -Franuś! Jaka ze mnie gapa. Poczekaj, mam coś dla ciebie. Optymistycznie objaśnił krewny. Udaliśmy się do spichlerza, gdzie miał się znajdować tajemniczy prezent. -Proszę, oto twoje dziedzictwo! Oznajmił wuj wskazując na zakurzony, mosiężny kufer. Zlustrowałem wzrokiem stary mebel, jakby z wnętrza miał wyskoczyć smok. W końcu kufer posiadał całą historię rodziny Ważniaków i prawdę, która wyzwala, ale też potrafi zaboleć. -to ty se pooglondaj te karteluszki, bo to i tak nic z tego nie ma, ino mi miejsce na strychu zajmuje. Powiedział wuj Karol uśmiechając się kącikiem ust. To był niewątpliwie mój najdłuższy wykład. Śledzenie zawartości kufra trwało naprawdę długo. Wręcz pochłaniałem wzrokiem liczne akta, dokumenty kupna i sprzedaży, testamenty zaadresowane do nieżyjących już spadkobierców. W skrytce znajdowały się fotografie, dawne monety, które jako numizmatyka zainteresowały mnie najbardziej .Zaś na samym dnie skrytki pozostała ostatnia, ale jakże zniszczona księga. Był to pamiętnik pradziada- Gustawa, żyjącego siedem pokoleń przede mną. Na pierwszej stronie tytułowej widniały znamienne słowa: Poczciwy ten człowiek który... oraz na dole przypis: mam nadzieję, że po przeczytaniu mych rozważań będziesz potrafił dokończyć to zdanie. Jeżeli tak się nie stanie to posłuchaj: Jeśli twe życie oplecie żałobny kir, A przeto wołają, by na przód iść. Krocz tyłem do przodu. Porzuć zła wir. Oto najlepsze jest z wyjść
Uusiadłem na podłodze i zacząłem studiować pamiętnik przenosząc się do Polski renesansowej. Los otworzył księgę na trzydziestej stronie. Dziadek Gustaw właśnie wspominał swoje lata edukacji: Znów pan Konopka nie szczędził razów. Wszak to Mietek Kowalików wrzucił tego chrabąszcza do kamizeli pana Konopki, nie ja! -Jakże mogli go bić nie wyjaśniając całej sprawy. Przecież to niesprawiedliwe! Oburzyłem się w porę uprzytamniając sobie, gdzie się znajduję. Nigdy nie przypuszczałbym, iż tak bardzo zaciekawią mnie losy człowieka żyjącego kilka epok przede mną.. Wszak dotychczas obcowałem z wymyślonymi historiami i poematami, stworzonymi pod wpływem weny oraz opierających się na filarach wyobraźni. Teraz jednak miałem przed oczami żywe świadectwo. Rodzice wciąż naciskają, a przeciech mnie nie pilno do ożenku. Panna Klementyna- boska kobieta, ino zła i krnąbrna, jak ten czort, co za piecem siedzi. Majętna ona, wykształcona to i ojców do niej ciągnie. Ja rozumiem- wziętość, sława, dobre mienie, ale gdzież uczucia i serc porywy? Niestety tak już być musi, jeśli nie chcę spuścić na się gniewu rodziców. Jak to? dziadek był giermkiem na dworze królewskim? Czytałem dalej. Cóż za pomysł, by przebrać się za służbę i odebrać łupy zagrabione chłopom. Toż to absurd narażać własne życie dla kilku ogierów i paru baniek mleka. Dalej pisało: Honor nie pozwalał mi patrzeć na klęskę mych ziomków. Przeto i życie wolałem poświęcić, byle tylko móc rzec: bracia otom przyjechał zwiastować zwycięstwo! A to, żem okradł złodzieja, księcia Olgierda to nie moja, lecz Boga Najwyższego wola. Książę nie zbiednieje i purpury mu nie zbraknie. Dla niektórych para koni i mleko całym dobytkiem i ostoją. Oderwałem na moment wzrok od liter. -Czy mnie byłoby stać na taki gest? Pomyślałem. Nie posiadam rodziny, ani też prawdziwych przyjaciół. Na cóż mi fakultety, dyplomy, pełne konta w banku, jeśli nie mam komu... Z resztą za późno obudziłem się z letargu nieświadomości. Lista mych grzechów wciąż się wydłuża. Pochowałem matkę, nawet o tym nie wiedząc, porzuciłem rodzinny dom, wzgardziwszy polskim systemem szkolnictwa. Mógłbym wyliczać wiele głupstw, które w życiu popełniłem. Mój nędzny łańcuszek nieszczęść objąłby cały świat. Najśmieszniejszy w tym wszystkim jest fakt, iż w oczach ludzi byłem poczciwym, mądrym panem profesorem, od którego bił blask inteligencji. Dla wszystkich miły, uprzejmy, przy czym błyskotliwy, zawsze z dowcipem na ustach. Istny anioł, ale pozory często mylą. Mój bagaż problemów jest naprawdę ciężki. Jak podźwignąć się z tego padołu niepowodzeń? Ale zaraz, zaraz. Zastanowiłem się , marszcząc brwi i starając się przywołać na myśl słowa dziadka Gustawa. Jak to było...jeśli na przód chcesz iść..., krocz tyłem do przodu.... Tak! Porzuć dawne przyzwyczajenia, wróć do początku, czyli do młodzieńczych lat i tymi wartościami kieruj się w dalszym życiu. Taki ukryty sens zawiera to zdanie i to chciał powiedzieć dziadek Gustaw. Nie upadnę dziadku- obiecuję! Wyszedłem przed dom, rozejrzałem się po polach i westchnąłem: -Wiosno, stara dobra przyjaciółko. Nawet nie zauważyłem kiedy do mnie przybyłaś. Wtem nadszedł wujaszek Karol. -Długo( jak to się u was mówi) prawiłeś z przodkami. Nie śmiej się! Trza nabrać ogłady, zanim odjedziesz. -Nigdzie się nie wybieram, ale skoro wujkowi przeszkadzam...Oznajmiłem Na te słowa wuj Karol aż podskoczył z radości i otarł łzy chusteczką. -Więc znajdzie się dla mnie wuju jakieś miejsce w stodole? -Gdzieżby tam w stodole. Domyśliłem się, żeś ty przyjechał na dłużej, dlategom przygotował ci miejsce w domu. Łoże już czeka na królewicza. Zażartował chrzestny. -Chyba jednak nie będę spał. Zbyt dużo snu zaznałem w czasie swego życia. Dodałem i razem, jak przed dwudziestu laty poszliśmy przez łąki do domu. Niestety niektórzy ludzie są jak spróchniałe drzewa. Ja też byłem takim drzewem, bracie. Jednak wystarczy choć cień nadziei, a na naszej gałązce także zrodzi się liść. Pamiętajmy, że szlachetna wiara nie pozwoli, abyśmy znikli z kartki naszego istnienia. Starajmy się tak postępować, by nasze życie nie było tylko małym punktem na osi czasu i pyłem, który łatwo jest zdmuchnąć. Bowiem nie trudno jest przepuścić je przez palce dni. Życie samo w sobie nie stanowi piękna, to chwile godnie przeżyte tworzą je urokliwym.
P.S: Przesyłam ci mój adres, jeśli będziesz miał ochotę napisać. Jeżeli nie chcesz oblekać swych uczuć w słowa możesz przysłać czystą kartkę. Przynajmniej będę wiedział, że żyjesz i pamiętasz o mnie. Mam nadzieję, że mi kiedyś wybaczysz.
Maurycy
|